Do księgarni trafia właśnie najnowsza powieść historyczna elblążanina Tomasza Stężały. Przeczytaj fragment!
Tomasz Stężała to autor ciepło przyjętej przez czytelników 2-tomowej opowieści o wojennych dziejach Elbląga. Porucznicy 1939 otwierają cykl zatytułowany Trzy Armie.
- W tej książce historia Elbląga łączy się z losami mojej rodziny, a dokładniej mojego dziadka gen. Bronisława Nieczui - Ostrowskiego - mówi autor.
Powieść ukazała się nakładem Instytutu Wydawniczego Erica. Można ją kupić np. w elbląskiej księgarni Esta, przy ul. Chrobrego.
Za zgodą Tomasza Stężały prezentujemy fragment:
" (...) Ostrowski wydał rozkaz, by czekać aż karabin maszynowy
rozpocznie ogień, więc wychylając jedynie czubek głowy
z krótkiego okopu, mógł obserwować, jak niemieckie czołgi
powoli spełzają z niewielkiego wzniesienia w ich stronę po-
przedzane słabym ogniem moździerzowym, który przetoczył
się nad nimi i wyrzucał w powietrze kartofe niemieckich go-
spodarzy z Malinówki. O czołgach nie było wczoraj na od-
prawie mowy! Skąd się do jasnej cholery wzięły? Znowu ten
przeklęty "Kempf"? Ponownie wychylił głowę i zaczął liczyć
pojazdy. Osiem. Zdecydowanie za dużo jak na jego zdzie-
siątkowaną kompanię, składającą się w dużej części z połapa-
nych na drogach rozbitków, z których wielu patrzyło tylko,
jak zbiec do domu. Schował głowę i popatrzył na tych żoł-
nierzy, z którymi dzielił okop. Wytrzymają?
Wachlarz czołgów rozdzielił się: dwa czołgi skierowały
się przed pierwszy pluton, a reszta popełzła na zachód, na
wioskę. Najwyższy czas! Ręka unosiła się i z dołków i okopów
padł deszcz pocisków, który rzucił maszerujących za czołgami
strzelców na ziemię. Zza pleców, ze wzgórza bluznął serią
karabin maszynowy, rąbiąc w mniejszy z pojazdów. Zaraz
potem ze Średniego Łanu usłyszeli szczęk Boforsa i przed ko-
lejną maszyną, która zatrzymała się nad bagnistym brzegiem
glinianki, wyrósł gejzer wybuchu.
Bolesław przeniósł wzrok na pozycje drugiego plutonu
- ich kaem zanosił się długimi seriami, kładąc piechotę na
ziemi i zatrzymując czołgi przed rowem melioracyjnym.
Nagle i niespodziewanie między pudełkami pojazdów roz-
kwitły potężne eksplozje. To musiały być naprawdę duże
kalibry!
- Chłopcy! Mamy wsparcie naszej artylerii! - wrzasnął do
kucających obok strzelców. Nasze działa tak rzadko ich wspie-
rały, więc każdy wystrzał przyjmowali z radością. Niemcy, za-
trzymani przez rów i otoczeni gejzerami wybuchów, zmieszali
się. Czołgi zaczęły nieskładnie cofać się, dwie maszyny zderzyły
się ze zgrzytem słyszanym nawet z jego okopu. Także ci przed
gliniankami ruszyli na wstecznym biegu. Teraz mają szansę!
- Bagnet na broń! - i wyskoczył z dołka. Dookoła świstały
pociski niemieckiej piechoty, ale to się nie liczyło. Wspierała
ich własna artyleria! Muszą wypchnąć szkopów za wzniesienie
i zadać im maksymalne straty, zanim naszym skończą się pociski!
- Naprzód, chłopcy, bić psubratów!
W biegu wsunął bagnet na swojego Mausera i chwytając
powietrze otwartymi ustami, sadził wielkimi krokami w stronę
leżących i kucających sylwetek w szarych mundurach, które
pozostawione przez własne czołgi straciły całą pewność siebie.
"Hurraaaa", które usłyszał za plecami, zwolniło czas i przy-
śpieszyło jego ruchy. Wyraźnie widział, jak celują do niego, ale
ryngraf z Matką Boską był jego tarczą i wierzył, że żadna z kul
nie mogła go dosięgnąć. Jakiś Niemiec wyskoczył do niego
z karabinem, ale zbił uderzenie i jego kolba trafła w klatkę
piersiową wroga, gruchocząc żebra. Niemiec ruszał się jak
mucha, więc bagnet Bolesława łatwo znalazł drogę do celu.
Oficer! Sylwetka w lepszym mundurze pojawiła się obok unie-
ruchomionego pojazdu, więc przeskoczył nad zagradzającym
mu drogę krzakiem i znalazł się przed wylotem lufy pistoletu.
Jacy wolni byli ci Niemcy! Jego Mauser plunął ogniem i szkop
pchnięty przemożną siłą wpadł między ziemniaczane łęty.
- Panie poruczniku, mamy rozkaz cofnięcia się, dowódca
pułku przesyła rozkaz!
Głos dobiegał z daleka, ale kilkakrotnie powtórzony
wreszcie dotarł do niego. Wzrok Bolesława zatrzymał się na
zakrwawionym ostrzu bagnetu, potem przeniósł się na twarz
kaprala, który do niego mówił. Stali między leżącymi ludźmi,
ktoś rozpaczliwie jęczał...
- Cofamy się! - krzyknął do swoich ludzi, którzy kręcili
się wokół. Niemiaszki wiali, świadomość miejsca i czasu wra-
cała. Artyleria przerwała ogień i poza pojedynczymi wystrza-
łami i gasnącym dźwiękiem czołgowych silników nic innego
nie było słychać. Ile czasu to wszystko trwało?
- Panie poruczniku, panie poruczniku! - rozległo się od
strony rozbitych pojazdów.
Gęba kaprala Blumsteina pokazywała cały garnitur nie-
zbyt równych i na pewno nie szorowanych od dawna zębów.
- Znaleźlim w tym rozbitym czołgu - wskazał na jedną
z maszyn - polską czekoladę. O, jedna dla pana porucznika!
- w brudnej dłoni leżała prawdziwa tabliczka.
- Dzięki, coś jeszcze znaleźliście?
- Trochę krwi i szwabskiego smrodu! - Zęby prawie nie
wyleciały z szeroko rozwartych szczęk kaprala.
Czekolada musi poczekać, teraz wracają na stanowiska,
które tak brawurowo obronili. Są też meldunki o stratach.
Trzech zabitych i dwóch rannych, za to Niemcy stracili kil-
kudziesięciu ludzi i trzy czołgi, które stały na przedpolu.
Na stanowisku, które w końcu osiągnęli, stał już major
Mischke.
- Panie poruczniku Ostrowski, gratuluję męstwa i wy-
czucia pola walki. Niniejszym przedstawię generałowi Pie-
karskiemu wniosek o nadanie panu Krzyża Walecznych. (...)"