Tak w swoich dziennikach pisał o latach 70. Stefan Kisielewski. Wobec tego, czym był rok 1980? Czy Polacy po szczęśliwych, przynajmniej we wspomnieniach, latach 70. byli zadowoleni ze swojego życia? Czy zapomnieli o ustroju, w którym żyli wobec stabilizacji, którą, w zamian za ignorowanie niewygodnych faktów, uzyskali?
Rok 1980 świadczy raczej o tym, że naród polski ogarnął nowy duch, świeży i pełen energii - marazm mijającej dekady odszedł w zapomnienie - co stało się impulsem do jego wyzwolenia? Oprócz wydarzeń, które miały miejsce w ostatnich latach gierkowskiego dziesięciolecia, nie mogło również zabraknąć samobójczych wręcz posunięć rządu, który rościł sobie niezbywalne prawo do nieomylności.
Równia pochyła
Kłamliwy obraz sytuacji, jaki przedstawiała ekipa rządząca, nijak się miał do rzeczywistości. W połowie lutego 1980 roku odbył się VIII Zjazd PZPR. W czasie jego trwania winą za przejściowe trudności, które przeżywała gospodarka, obarczono Piotra Jaroszewicza, którego na stanowisku premiera zastąpił Edward Babiuch.
Mimo coraz gorszej sytuacji I sekretarz nie był w stanie podjąć żadnego wysiłku w celu reformy systemu. Mogło to zaowocować tylko jedną decyzją, złą zarówno dla rządu, jak i (sfrustrowanego) społeczeństwa - wprowadzeniem podwyżek, przy jednoczesnym podwyższeniu norm wydajności w przemyśle.
Pierwszy raz od zakończenia wojny obniżył się dochód narodowy, niemożliwe okazało się również utrzymywanie tak wysokich dotacji na podstawowe artykuły konsumpcyjne, których zresztą na rynku zaczynało brakować. Podwyżki weszły w życie 1 lipca 1980 roku. Rząd postanowił ich wcześniej nie ogłaszać, a konsumenci dowiedzieli się o nich dopiero w trakcie zakupów.
Strajki, protesty, przerwy w pracy
Społeczeństwo zareagowało na nie tak, jak już to miało w zwyczaju - strajkując. Pierwsze zaczęły protest Warszawa, Poznań, Mielec, Ursus, Tarnów. Fala strajków, protestów i tzw. przerw w pracy, zaczęła się toczyć przez Polskę.
Jedne zakłady stawały, inne negocjowały, jeszcze inne osiągały porozumienia z dyrekcją i wracały do pracy. Przeważnie kończyło się na podwyżkach - często znacznych - i gwarancjach bezpieczeństwa dla strajkujących. Władze próbowały zmniejszyć rozmiar katastrofy poprzez ograniczenie podwyżek, ale było już za późno.
11 lipca na posiedzeniu KC PZPR Edward Gierek zapewnił, że gotowy jest podnieść płace. Świadczyło to o absolutnym niezrozumieniu sytuacji, a także spowodowałoby pogłębienie kryzysu. W związku z tym, że podwyżki płac dotyczyły jedynie strajkujących zakładów, które je sobie w ten sposób wywalczyły, trwały one w najlepsze aż do skutku, czyli do czasu, gdy poprzez ustępstwa władzy udawało się wygasić ognisko buntu.
Jednak dzięki tej polityce natychmiast pojawiało się kilka kolejnych. Na przełomie lipca i sierpnia straty z takiego gaszenia zaczęły przewyższać zyski, które spodziewano się uzyskać z zaplanowanych podwyżek. Ale najgorsze miało dopiero nadejść:
"W lipcu i pierwszej dekadzie sierpnia strajkowała albo protestowała prawie cała Polska. Paradoksalnie, tylko w Gdańsku, gdzie byliśmy najmocniejsi, gdzie działały silne wolne związki solidnie zakorzenione w zakładach, strajk ciągle się nie udawał. Aż wreszcie dyrekcja Stoczni Gdańskiej wpadła na pomysł, dzięki któremu sytuacja uległa zasadniczej zmianie. 7 sierpnia zwolniono z pracy Annę Walentynowicz - popularną wśród robotników suwnicową, działaczkę WZZ , której do emerytury brakowało pięć miesięcy" (J. Kuroń, J, Żakowski, PRL dla początkujących, Wrocław 2004, s. 210).
Czas na Gdańsk
Strajk, który odegrał największą rolę latem 1980 roku, rozpoczął się 14 sierpnia. Pracy nie rozpoczęła zmiana z godziny szóstej rano, dość szybko utworzono komitet strajkowy, na którego czele stanął Lech Wałęsa, działacz Wolnych Związków Zawodowych.
Lech Wałęsa został zwolniony ze stoczni w 1976 roku, jednak cieszył się zaufaniem wśród robotników i działaczy robotniczych. "Stanął" w sposób historyczny, na teren stoczni dostał się po słynnym skoku przez płot, tak to wspomina:
"Na strajk zajechałem tramwajem. Sam. (...) Usłyszałem syreny jeszcze w domu, wiedziałem, że tam się zaczęło.(...) Przy drugiej bramie już się kotłowało, ale straż uważnie sprawdzała przepustki, a ja od lat nie miałem wstępu na stocznię. Skręciłem na prawo, w stronę pierwszej bramy i tam, między dwiema bramami, koło szkoły, jest gdzieś z boku taka mała uliczka, tam zaszedłem i przeskoczyłem przez mur" (L. Wałęsa, Droga nadziei, Kraków 1990, s. 116-120). Na teren stoczni, po zgubieniu przydzielonego jej "ogona", dotarła również Anna Walentynowicz.
Powrót I sekretarza
Wałęsa ogłosił strajk okupacyjny. Następnego dnia - 15 sierpnia - strajk poszerzył swój zasięg, strajkować zaczęły: Stocznia im. Komuny Paryskiej w Gdyni, porty, a także komunikacja miejska Trójmiasta. Władze centralne zaczęły zdecydowanie reagować - około godz. 12 przerwały łączność Wybrzeża z resztą Polski, do Gdańska skierowano pracowników zarówno KC, MSW, jak i Ministerstwa Maszyn Ciężkich i Rolniczych, a z urlopu na Krymie powrócił Edward Gierek.
Strajk nabierał cech powszechności, braki w zaopatrzeniu tylko jeszcze bardziej podsycały nastroje. 16 sierpnia strajk, ze względu na ugodową postawę dyrekcji stoczni i władz oraz jakość postulatów mógłby się skończyć. Stoczniowcy oczekiwali przywrócenia do pracy Anny Walentynowicz i Lecha Wałęsy, zgody na wybudowanie pomnika ofiar Grudnia '70, jak również gwarancji bezpieczeństwa dla strajkujących, podwyżek płac o 2 tysiące złotych oraz podwyższenia zasiłków rodzinnych do poziomu obowiązującego w milicji.
Kompromis został osiągnięty, ogłoszono zakończenie strajku. Dopiero po tym, gdy jedna z kobiet, bohaterka również najświeższych obchodów 30-lecia podpisania porozumień sierpniowych Henryka Krzywonos, krzyknęła: "Sprzedaliście nas! Teraz wszystkie małe zakłady jak pluskwy wyduszą!" (Solidarność 1980-1981. Karnawał z wyrokiem, oprac. A. Dębska, Warszawa 2005, s. 22) przywódcy strajku postanowili ogłosić strajk solidarnościowy, dużą część załogi udało się jeszcze zatrzymać.
Porozumienie międzyzakładowe
Wynikiem tych decyzji było utworzenie w nocy z 16 na 17 sierpnia Międzyzakładowego Komitetu Strajkowego (MKS). Na jego czele oprócz Lecha Wałęsy stało małżeństwo Gwiazdów - Joanna i Andrzej, Andrzej Kołodziej oraz Bogdan Lis. Do końca sierpnia jego zwierzchnictwo uznało ponad 700 zakładów przemysłowych z całego Wybrzeża. Ich programem było 21 postulatów. Postulaty zostały wypisane na drewnianych tablicach przez Arkadiusza Rybickiego i Mariusza Grzywaczewskiego; te same tablice, ukrywane przez kilkanaście lat na strychu gdańskiego domu, w 2003 roku wpisano na Światową Listę Dziedzictwa Kulturowego Unesco pt. Pamięć Świata.
Najważniejszym punktem postulatów był ten pierwszy, dotyczący akceptacji niezależnych od partii i pracodawców wolnych związków zawodowych. Większość postulatów dotyczyła spraw ekonomicznych i socjalnych, ale znalazły się tam również te dotyczące wolności słowa, druku i publikacji, zwolnienia więźniów politycznych, czy żądanie szerszej informacji na temat sytuacji społeczno-gospodarczej kraju oraz powstania MKS-u.
Do strajkujących, wraz z upływem czasu, dołączały kolejne zakłady, 18 sierpnia było ich już 156. Do protestu, na swój własny, wypróbowany już sposób, włączyli się także intelektualiści, którzy wystosowali do władz apel, w którym domagali się uznania MKS-u i podjęcia z nim rozmów (tzw. list 68).
Ponadto 24 sierpnia przy gdańskim MKS-ie powstała komisja ekspertów, siedmiu opozycyjnych intelektualistów, na których czele stanął Tadeusz Mazowiecki, ich zadanie polegało na wspieraniu robotników radami i sugestiami, które miałyby im pomóc w negocjacjach z przedstawicielami rządu.
Solidarne zwycięstwo
26 sierpnia na dużą skalę i w całej Polsce zaczęły wybuchać strajki solidarnościowe, poprzedniego dnia media po raz pierwszy poinformowały społeczeństwo o istnieniu MKS-u i 21 postulatów, protesty objęły m. in. Łódź, Toruń, Rzeszów, Poznań, Kraków.
Wystąpienia te zaniepokoiły nie tylko władze państwowe, ale również kościelne, bano się, że argumenty siłowe zaczną być bardziej atrakcyjne niż rozmowy. Już 30 sierpnia strajk objął około 700 zakładów i 700 tysięcy osób - są to jego ostatnie dni, 29 sierpnia na posiedzeniu Biura Politycznego decydenci podjęli postanowienie o nie odkładaniu dalszych decyzji w sprawie robotniczych postulatów.
30 sierpnia nastąpiło parafowanie dwóch pierwszych postulatów, oraz podpisanie porozumienia w Szczecinie - była to nieudana próba odizolowania gdańskiego ośrodka strajkowego, a samo porozumienie było sformułowane w sposób ogólnikowy, tak aby później ewentualnie móc je interpretować w sposób korzystny dla władzy. Porozumienie w Gdańsku (obejmujące wszystkie 21 postulatów) podpisano 31 sierpnia, o godzinie 16.46. Jeszcze podczas porannej rundy rozmów dodano do niego listę nazwisk osób aresztowanych w ostatnich dniach. Tego samego dnia, o godz. 17.55, rozpoczęło się pierwsze posiedzenie Komitetu Założycielskiego Niezależnego Związku Zawodowego Solidarność (NSZZ).
Gwarancja na przyszłość?
Tak skomentował te wydarzenia Lech Wałęsa: "Mogę z zadowoleniem powiedzieć, że nasz spór zakończyliśmy bez użycia siły, drogą rozmów i przekonywań. Pokazaliśmy, że Polacy jak chcą, mogą ze sobą zawsze porozumieć się. Jest to więc sukces obu stron. Będziemy o tym pamiętali. Liczymy, że to, co zostało podpisane, będzie dokładnie i w pełni przestrzegane. Jestem pewny, że to dobrze jest dla kraju. (...) uzyskaliśmy wszystko, co w obecnej sytuacji mogliśmy uzyskać. Resztę też uzyskamy, bo mamy rzecz najważniejszą: nasze niezależne, samorządne związki zawodowe. To jest dla nas gwarancja na przyszłość! Walczyliśmy nie tylko dla siebie, dla własnych interesów, ale dla całego kraju. Wszyscy wiecie, jak wielka była solidarność ludzi pracy całego kraju z naszą walką" (Lech Wałęsa. Przewodniczący NSZZ Solidarność, red. L. Niedźwiedź, Warszawa 1990, s. 21)
Co się stało z tą Solidarnością? Mogliśmy przekonać się o tym w ciągu niedawnych obchodów w sposób bezpośredni i bardzo widowiskowy. Jednak już od kilku lat Solidarność podejmowała dość kontrowersyjne działania. Wdawała się w politykę, broniła racji niekoniecznie tych, którzy tego potrzebowali . Czy Polsce po trzydziestu latach potrzeba takiej historycznej wydmuszki czy obecne związki zawodowe powinny używać nazwy Solidarność? To kolejna debata, która będzie prowadzona w najbliższym czasie w Polsce, ale czy to czasem znów nie będzie temat zastępczy?
Autorka jest historykiem, politologiem, absolwentką Uniwersytetu Mikołaja Kopernika w Toruniu. Przygotowuje pracę doktorską z zakresu polityki zagranicznej PRL w latach 70.