Gazeta
Internet

Witaj,     |  Zaloguj
Nasza społeczność

Logowanie

Dołącz do eKulturalnych
Zapomniałem hasła
Przejdź do eKulturalni.pl
GDZIE JESTEŚ:  E-ŚWIATOWID    Aktualności

Data dodania: 09.06.2017 14:07 Kategoria:Historia i dziedzictwo Autor:Dominika Małecka Placówka:Brak
Miłośników tańca, bimbru i szermierki na sztachety serdecznie zapraszamy

Nim przejdę do wyjaśniania zagadkowego tytułu, pozwolę sobie opowiedzieć pokrótce, czego czytelnik może spodziewać się po poniższym artykule. Opowiem w nim o warmińskim dziedzictwie niematerialnym w sposób daleki od naukowego, bez ogromnej ilości przypisów i odniesień. Chciałabym, by każda osoba niemająca do tej pory styczności z etnologią,  tak jak my, badacze, zachwyciła się bogactwem i różnorodnością kultury powiatu lidzbarskiego, by poczuła jedyny w swoim rodzaju klimat regionu, poznała jego barwne tradycje oraz by dowiedziała się, jak rzucić urok oraz czego absolutnie nie robić podczas ciąży.

Niekończąca się zabawa

Radosny plakat z hasłem będącym tytułem niniejszego tekstu reklamował, według słów mojego rozmówcy, jedną z wielu uroczystości dożynkowych odbywających się późnym latem 2016 r. w powiecie lidzbarskim. To właśnie na terenie tego powiatu spędziliśmy we wrześniu 2016 r. jako grupa badaczy dziesięć dni, by na podstawie rozmów z mieszkańcami dowiedzieć się, co obecnie składa się na niematerialne dziedzictwo kulturowe regionu. Podczas wywiadów niejednokrotnie słyszałam wypowiedzi mieszkańców mówiące, że na przestrzeni ostatnich lat coraz rzadziej praktykuje się stare tradycje. Choć niektóre w istocie są pomijane, tradycja świętowania dożynek niezmiennie pozostaje. Co więcej, wcale nie są to skromne imprezy! Święto zakończenia plonów przyciąga wielu uczestników zarówno wtedy, gdy organizowane jest przez większe miasta, jak i w przypadkach, gdy gospodarzami są mniejsze wsie. Zaszczyt przygotowywania największych, powiatowych dożynek, sprawiedliwie przydzielany jest co roku innej gminie, główny schemat uroczystości pozostaje jednak ten sam. Według opisu respondenta, osoby obejmującej jeden z ważniejszych w powiecie urzędów, najistotniejszą częścią dożynek jest liturgia. Do kościoła wprowadzona zostaje procesja, która składa na ołtarzu różnorodne dary. Znajdują się wśród nich owoce, ryby, wino oraz nieodłączny element każdych dożynek - sporych rozmiarów bochenek chleba upieczonego specjalnie na tę okazję. W procesji do świątyni zostają wniesione dożynkowe wieńce, te większe i mniejsze. Przybierają one najróżniejsze kształty, natomiast wykonywane są przez mieszkańców na bazie zbóż i ziół. Zachwyt, które wzbudzają w respondentach, jest jednogłośny.

Po zakończeniu mszy i przekroczeniu progu świątyni ustawiany jest korowód, w którego skład wchodzą między innymi zaproszone zespoły oraz starostowie dożynek. Ci ostatni zmieniają się każdego roku, bowiem rola starostów zostaje przydzielona najlepszym w danym sezonie rolnikom. Przejście korowodu na główny plac powoli rozpoczyna kolejną część dożynek. Teraz odbędą się dwa rytuały: pierwszy z nich nazywany jest obrzędem obtańczenia wieńca, z kolei drugi polega na przekazaniu chleba z rąk starostów dożynek wójtowi, burmistrzowi czy staroście. Powierzony w ten sposób bochenek dzielony jest następnie między przybyłych gości
i mieszkańców. Jak poinformował mnie respondent, powyższe czynności stanowią część  lidzbarskiej tradycji i dla wszystkich mieszkańców bardzo istotnym jest, by nie zostały zapomniane.

Zespół Ornecianie na dożynkach

Podzielenie chleba kończy część oficjalną dożynek i rozpoczyna kilkugodzinną zabawę. Skosztować można przygotowanego przez mieszkańców poczęstunku oraz szerokiego wachlarza napojów alkoholowych, pośród których króluje przywołany w tytule bimber. Kolejne stanowiska częstują przybyłych różnorodnymi ciastami, nieodzownym chlebem ze smalcem i kiszonym ogórkiem, pierogami, kiełbasami... W tle słychać muzykę zaproszonych zespołów, których w powiecie zdecydowanie nie brakuje. Ze słów informatorów wynikało, że to właśnie działające lokalnie grupy muzyczne najczęściej uświetniają dożynki. Spora ich część odtwarza – lub tworzy własne – melodie ludowe, rytmiczne i wesołe, które po latach znane są już większości mieszkańców, więc momentalnie porywają one gości do tańca.

Zespół Ornecianie

 

Historie zapomniane

Chociaż tradycja świętowania zakończenia plonów jest w powiecie wciąż kultywowana i kładzie się duży nacisk na zachowanie jej ciągłości, istnieje wiele zwyczajów, które zanikają powoli, zapomniane przez kolejne pokolenia. Znakomita większość rozmówców twierdziła, często z rozżaleniem, że zwyczaje takie jak kolędowanie w okolicy świąt Bożego Narodzenia czy oblewanie się wodą w Poniedziałek Wielkanocny z roku na rok praktykowane są coraz rzadziej. Wiele usłyszałam historii od osób w wieku czterdziestu, pięćdziesięciu lat lub więcej, mówiących o barwnych grupach przebierańców, którzy zimową porą wędrowali po śniegu, spacerując od domu do domu. W każdym z nich zatrzymywali się, by zaśpiewać coś mieszkańcom i, oczywiście, otrzymać drobny poczęstunek, a gdy gospodarstwo wyjątkowo hojne – nawet pieniądze. Czasami śpiewali przy akompaniamencie instrumentu, chociażby harmonijki. Bardzo często, niemal w każdej wypowiedzi respondentów na temat kolędowania, pojawia się gwiazda, która również towarzyszyła kolędnikom. Według jednego z usłyszanych przeze mnie opisów, oklejona była ona kolorowym papierem i mogła się obracać, więc wprawiało się ją w ruch przy wejściu do domu. W pewnej wersji w środku gwiazdy zajmowała się zapalona świeczka, w innej – figurki Świętej Rodziny. Jeśli chodzi o samych małych artystów, w ich gronie znajdowały się przede wszystkim postacie Trzech Króli, diabeł wraz z aniołkiem, Matka Boska, śmierć oraz pastuszkowie – to postacie najczęściej wymieniane. Z przeprowadzonych rozmów wynika, że niegdyś przebrania były bardzo kunsztowne i czasochłonne. Co więcej, często przygotowane nie przez samych kolędników, ale przez dzielne mamy starające się, by dzieci jak najbardziej upodobnić do „oryginałów”. Obecnie wciąż istnieje tradycja kolędowania, jednak wygląda już nieco inaczej. Przebrania, jeśli w ogóle się pojawiają, są już zdecydowanie mniej wyszukane, natomiast kolędnicy, jak określiła moja rozmówczyni, „bardziej idą w ilość” i polegają przede wszystkim na sile swoich głosów, bowiem i instrumentów podczas kolędowania używa się rzadziej.

Podczas świąt takich, jak Wielkanoc czy Boże Narodzenie w ogóle królowały mamy. To spod ich rąk wychodziły przepyszne cuda, nad którymi moi rozmówcy rozpływali się, tłumacząc szczegóły wykonania wcale niełatwych dań. Wigilijną podstawą kulinarną wspólną dla wszystkich był oczywiście czerwony barszcz z uszkami, ryby (takie jak często wspominane śledzie), pierogi, podawane w różnych formach grzyby, a także mnogość potraw z makiem, a to wszystko najczęściej w towarzystwie owocowego kompotu. Nie zawsze było ich dwanaście, choć w niektórych domach dążyło się do tej ilości, lecz obowiązkowo nie mogły zawierać mięsa. Niektórzy rozmówcy podkreślali, że wieczór wigilijny był również bezalkoholowy. Pewne dania pojawiły się tylko w pojedynczych wypowiedziach, jednak wciąż moi rozmówcy nie wyobrażali sobie bez nich prawdziwych świąt. Taką właśnie świąteczną „osobliwością” jest między innymi własnej roboty kisiel, który przywędrował na tereny powiatu prawdopodobnie z Wileńszczyzny, wykonywany do tej pory przez dwie kobiety, które o nim opowiedziały, a także gołąbki oraz zupa owocowa, również przywołane jednokrotnie. Warto wspomnieć o różnych rodzajach świątecznych potraw makowych oraz kutii, którą z nazwy znają wszyscy, jednak dla każdego, jak się okazało, oznacza ona inne danie. Mogą to być kuleczki wykonane z purée z gotowanych ziemniaków z dodatkiem miodu oraz właśnie maku, może to być również połączona z makiem kasza pęczak lub bliżej nieokreślone kluski z makiem.

Gotowe świąteczne dania układało się na przygotowanym specjalnie na tę okazję stole. Podobnie jak dziś, pod obrusem położone było sianko, lecz obecnie jego ilość jest naprawdę symboliczna, natomiast starsi rozmówcy wspominali, że w ich dzieciństwie stół w całości pokryty był przyniesionym ze stodoły sianem. Rodzice jednej z moich respondentek ukradkiem wkładali w nie cukierki, co przez cały czas trwania wigilijnej kolacji było tajemnicą dla dzieci. Posiliwszy się wigilijnymi przysmakami, najedzone dzieci wybiegały boso, jak opowiadała ta sama osoba, na zasypane śniegiem podwórko. Tam też wykonywana była wróżba polegająca na obejmowaniu płotu wokół ogródka. Jej wytłumaczenie nie było w pełni jasne, jednak można domyślić się, że w zależności od tego, ile części płotu, prawdopodobnie sztachet, objęło dane dziecko, „to tyle będzie lat żył albo za tyle wyjdzie za mąż”. Nie zostało odkryte przede mną kryterium, według którego określało się, która z opcji jest akurat przepowiadana danej osobie. Jednak biorąc pod uwagę dość niewielki zasięg dziecięcych rąk i fakt, że nie są one w stanie objąć bardzo długiego odcinka, druga z prognoz wydaje się o wiele bardziej optymistyczna.

Mikołaj rozdający dzieciom prezenty podczas "choinki" organizowanej przez zakłady pracy w okresie PRL-u

Tradycyjny podział poważnych obowiązków

Sianko położone na wigilijnym stole wykorzystywane było przez kolejną z rozmówczyń do wykonania innej czynności o magicznym znaczeniu. Zaraz po świętach, od samego rana, siano oraz snopek słomy, który przy Wigilii również stawiało się w domu respondentki, należało z domu wynieść. Czynnością tą zajmowały się kobiety, by później posprzątać pokoje po świątecznym bałaganie. Mężczyźni natomiast, wiedząc, jak będzie wyglądać poranny rytuał, ustawiali się za budynkiem i z ukrycia obserwowali ów proces. Gdy kobietom udało się już doprowadzić dom do porządku, mężczyźni wyniesioną słomę wnosili z powrotem do budynku. Śmiechu było przy całej akcji wiele, tym bardziej, że na biorących w niej udział mężczyznach ciążył obowiązek postawienia wódki. Zaczęta w ten sposób biesiada trwała jeszcze do później nocy. Natomiast samą „czynność magiczną” można było wykonać dopiero w momencie ponownego wniesienia słomy do domu i zostawienia jej pod stołem. Wtedy należało pod ów stół wejść i tam, jak zostało mi powiedziane, zwijać ze słomy małe kurczaczki, jednocześnie robiąc „ko, ko, ko” jak kwoka, co miało sprawić, żeby w gospodarstwie nigdy kurczaków nie zabrakło.

Świąt Wielkanocnych nie obejmował już zakaz spożywania mięsa, więc sporo miejsca na stołach zajmowały wędliny, kiełbasy i inne mięsne potrawy. Najwspanialszym, najbardziej wykwintnym daniem wielkanocnym, o którym usłyszałam w trakcie badań, była wielkanocna „zapiekanka” złożona z kilku pięter: piętra pokrojonej kapusty, piętra ziemniaków, dalej boczek połączony z szynką oraz namoczony wcześniej młody, zielony groch. Kilkupoziomowe danie było następnie duszone w wysokiej temperaturze. Pochodząca z Białostocczyzny starsza kobieta, która podzieliła się ze mną tym przepisem, pamięta danie ze swojego dzieciństwa, ale sama przygotowywała je jeszcze kilkanaście razy po założeniu własnej rodziny, już na Warmii. Równie imponującą wielkanocną potrawą, której opis został mi przedstawiony, była zapiekanka składająca się (od najniższej warstwy) z białej kiełbasy przykrytej cebulą i czerwoną papryką, plastra przerośniętej szynki lub boczku, przygotowanych wcześniej odpowiednio prawdziwków i po raz kolejny cebuli z papryką. Tak ułożone w naczyniu żaroodpornym składniki wkładało się na dłuższy czas do pieca. Według słów mojej rozmówczyni, danie znikało z wielkanocnego stołu w pierwszej kolejności.

Prawdą jest, że to najczęściej kobiety były autorkami kulinarnych cudów, jednak i ojcowie mieli podczas świąt swoją niebagatelną rolę. Wielokrotnie usłyszałam, że niegdyś to właśnie tatusiowie dysponowali niemal magicznymi talentami... wybierania najtwardszych, najbardziej wytrzymałych jajek. Na pierwszy rzut oka nie wygląda to na poważną umiejętność, ale wbrew pozorom odpowiedni dobór jajek miał ogromne znaczenie, bo na wybrane egzemplarze czekało po wielkanocnym śniadaniu wiele wyzwań. Dzieci zbierały się i w parach lub grupach organizowały prawdziwe jajeczne zawody. Najtwardsze jajko potrafiło zbić wiele innych, a jego właściciel wszystkie pobite zabierał do domu, było więc o co walczyć. Trudno powiedzieć, czy pośród mieszkających na Warmii dzieci te wielkanocne rozrywki nadal są rozpowszechnione, bowiem tylko jedna z moich rozmówczyń potwierdziła, że wciąż bawi się w ten sposób z wnukiem.

Jak zbudować kapliczkę w pięciu prostych krokach

Przedstawiając portret Warmii nie można absolutnie zapomnieć o elemencie kultury, który urósł już do rangi jej symbolu - przydrożnych kapliczkach. Trudno jednoznacznie stwierdzić, jaka jest ich dokładna liczba, jest to jednak ilość niewątpliwie pokaźna. Każda z nich ma swoją historię, ale, niestety, nie o wszystkich wciąż się pamięta. Podczas wywiadów udało mi się porozmawiać
z osobą, która nie tylko historię jednej z kapliczek doskonale pamięta, nie tylko była świadkiem jej powstania, lecz to ona właśnie tę historię zainicjowała.

 

Kapliczka po drodze do Krosna

Nie zaczęła się ona spektakularnie, jak choćby historia sanktuarium w pobliskim Krośnie, które powstało rzekomo na miejscu objawienia Matki Boskiej. Pani Janina zajmowała się w tym czasie zbieraniem kamieni w towarzystwie wojska i pozostałych pracowników. Tam, gdzie wykonywali swoją pracę, w miejscu oddalonym o kilka kilometrów od obecnego domu mojej rozmówczyni, przy drodze znajdował się krzyż. Podczas naszej rozmowy pani Janina określiła go kilkakrotnie mianem „starej rury”, jednak mimo tego pieszczotliwego określenia krzyż mocno zapadł jej w pamięci. Razem z członkami własnej rodziny i innymi osobami modliła się przy nim, sadziła wokół kwiaty, a myśl o krzyżu wciąż nie dawała jej spokoju. Któregoś dnia, widząc zatroskaną twarz pani Janiny, pracujący razem z nią żołnierze zapytali, co ją martwi. Otrzymali odpowiedź, że to wcale nie troska – ona zastanawia się jedynie i myśli, że krzyż powinien znaleźć się w jej wsi. Słysząc to odważne stwierdzenie żołnierze ostrzegali kilkakrotnie, że „komuniści zamkną do więzienia”, niemniej nie zmieniło to jej postanowienia. Według pierwszego pomysłu, ona sama, własnymi rękami miała wykopać krzyż i na taczce przywieźć go do wsi, lecz ostatecznie wyręczył ją pan zajmujący się wywożeniem obornika. To dzięki niemu krzyż znalazł się w Karbowie. Na tym jednak pani Janina nie spoczęła. Poprosiła znajomego kowala, by w tajemnicy przygotował dla niej metalowy stolik; oficjalnie miał zostać na nim postawiony telewizor, którego zresztą w owym czasie moja rozmówczyni nie posiadała. Kowal miał świadomość, do czego posłuży zrobiony przez niego mebel, więc specjalnie dodał mu kilka centymetrów, „żeby kwiatki nie spadały”, po czym zawiózł na miejsce i na wykończonym stoliku postawił krzyż. Wtedy zaczęto ozdabiać całą konstrukcję kwiatami, wstążkami, lecz pani Janinie wciąż czegoś brakowało. Pewnego dnia przyszedł do niej robotnik budujący w pobliżu dom, chcąc kupić worek ziemniaków. Transakcja została jednak utrudniona, ponieważ pieniądze, które otrzymał od żony, przeznaczył już na alkohol. Pani Janina zaproponowała mu następującą propozycję: ziemniaki otrzyma, jednak w zamian za wykonanie płotu wokół krzyża. Tak też się stało, ale płot, mimo rozlicznych starań, zaczął gnić, trzeba zatem było wymyślić coś innego.

Wtedy właśnie powstał pomysł wybudowania „prawdziwej”, murowanej kapliczki. Sąsiedzi przyjęli go ze śmiechem, niedowierzając, podobnie zareagował sam ówczesny proboszcz. Kapliczka jednak powstała, zbudowana z cegieł i dachówek pozostałych po rozbiórce pobliskich PGR-ów. Z jej wnętrza zniknął krzyż, pojawiła się natomiast figura Matki Boskiej z Jezusem – i to nie jedna, bowiem kilka figur z kolei zostało zniszczonych lub ukradzionych. Pani Janina swoim zwyczajem nie poddała się i kupiła inną, tę, która stoi w kapliczce do dziś.

Kapliczka wybudowana przez panią Janinę, Karbowo

 

Poradnik początkującej czarownicy

Będąc na Warmii, oprócz niesamowitych historii poznałam także ludowe sposoby na wypędzenie chorób, dowiedziałam się, jak rzucić urok i jak się przed nim bronić, zdobyłam parę informacji na temat czarownic oraz tego, czego absolutnie nie należy robić w ciąży. Spotkałam się z trzema rodzajami postaw wobec magii, przesądów i „zabobonów”, jak nazywali wszelkie tajemnicze sztuki niektórzy mieszkańcy. Osoby należące do pierwszej grupy zupełnie się od nich odżegnywały, mówiąc o głupotach i właśnie „zabobonach”, których należy się wystrzegać. Jednak w przypadku większości tych osób podczas rozmowy pojawiały się wypowiedzi wskazujące, że w ich życiu istnieją pewne przesądy lub zwyczaje mające zaklinać rzeczywistość, lecz bardzo często ich obecność nie jest uświadomiona. Jeden z moich rozmówców, bardzo pragmatyczny w swoim podejściu do życia starszy pan, przyznał się między innymi, że w żadne czary – oczywiście – nie wierzy, niemniej jego znajomy cierpiący z powodu uciążliwej choroby został uleczony przez kobietę - czarownicę, bowiem konwencjonalna medycyna nie była w stanie mu pomóc.

Drugą postawę doskonale podsumowuje stwierdzenie jednej z informatorek „nigdy nie chciałam uwierzyć w to, ale z drugiej strony zawsze coś tam było (…), taki instynkt, że prawda leży gdzieś pośrodku”. W wielu osobach tkwiła świadomość, że choć pewne wierzenia nie mają racjonalnych podstaw, zdecydowanie korzystniej jest przestrzegać pewnych niepisanych zasad przekazywanych z pokolenia na pokolenie. To autorka powyższej wypowiedzi opowiedziała mi o  przesądzie, według którego jeśli podczas chrztu zamiast słowa „wiara” wypowie się „mara” (nie zostało sprecyzowane, czy chodzi o rodziców, czy rodziców chrzestnych), w kolejnych latach chrzczone dziecko będzie wstawać w nocy, chodzić, „po prostu jak nocny marek, to będzie mara”. Co ciekawe, istnienie takiego przesądu zanotowano już podczas badań prowadzonych na Warmii w latach 60. XX w., w owym czasie mara była jednak uznawana za duszę żywego człowieka, która podczas jego snu wychodzi z ciała i dusi śpiących ludzi .

Kolejna postawa wiąże się z głęboką wiarą w istnienie pewnych sił, których człowiek nie jest w stanie pojąć oraz przekonaniem, że uroki czy leczenie chorób niekonwencjonalnymi metodami są częścią codzienności. Z tego rodzaju podejściem spotkałam się szczególnie u najstarszych członków społeczności, których rodzice nierzadko sami posiadali umiejętności odczarowywania dolegliwości. Interesującym jest fakt, że te wierzenia swobodnie koegzystują z wiarą katolicką, co więcej, medycyna ludowa często korzysta z poświęconych przedmiotów lub specjalnych modlitw. Na przykład leczenie róży – choroby skórnej – którym zajmowała się matka mojej rozmówczyni, polegało na nałożeniu na chorą część ciała białego lnianego płótna, na którym kładło się kulki zrobione z czystego lnu. Następnie kulki podpalało się i roztrząsało, jednocześnie żegnając się i odmawiając odpowiednią modlitwę. Jeśli płomień był duży i rwał się w stronę sufitu, oznaczało to, że w istocie dana osoba zaatakowana jest przez różę. Kuracja była powtarzana następnego dnia i wtedy właśnie choroba ustępowała. Mama informatorki posiadała także dużą wiedzę na temat ziół. Przygotowywała na ich bazie lecznicze mieszanki, za każdym razem dodając do nich odrobinę wysuszonych roślin poświęconych wcześniej w dniu Matki Boskiej Zielnej. Ojciec respondentki również posiadał specjalną umiejętność – potrafił uleczyć („zamawiać”, jak opowiadała) zastrzały w paznokciach. Chory palec obejmował całą dłonią, żegnał się i odmawiał modlitwę; tego sposobu nauczył później swoją córkę.

Pośród wszystkich przesądów, najwięcej udało mi się dowiedzieć o tych odnoszących się do okresu ciąży.  Na kobietę w tym stanie nałożonych jest wiele zakazów: nie wolno jej przeskakiwać przez wodę, bo dziecko urodzi się nóżkami do przodu. Przechodzenie pod sznurkiem grozi zawinięciem się pępowiny wokół dziecka, natomiast patrzenie przez dziurkę od klucza może spowodować, że noworodek będzie zezowaty. Z nieznanych mi przyczyn kobieta nie powinna także zaglądać do studni. Niewskazane jest również przygotowanie rzeczy dla dziecka przed jego narodzinami, żeby „nie zapeszyć”. Z kolei gdy urodzone już niemowlę zacznie płakać w nocy, pomóc ma przelewanie wosku przez dziurkę od klucza, jednak nie udało mi się dowiedzieć, co dokładnie miałoby nieść ze sobą owo działanie.

Nowo narodzone dziecko może bardzo łatwo paść ofiarą uroku. Istnieje przesąd mówiący o istnieniu osób posiadających tzw. „złe oczy”. Zadają one urok poprzez samo „złe spojrzenie” i tym samym powodują u dziecka płacz. Można jednak zapewnić mu ochronę, zawiązując przy wózku lub na rączce niemowlęcia czerwoną wstążkę. Można odnieść wrażenie, że wiara w złe oczy wciąż jest w powiecie rozpowszechniona. Poinformowano mnie, że nie tylko dzieci mogą paść ich ofiarą - często bywają to również zwierzęta gospodarskie. Jeszcze około dziesięciu lat temu człowiek, od którego jeden z respondentów kupował prosiaka, nie chciał wpuścić obcych do obory, by nie patrzyli na inne zwierzęta – on sam wyprowadzał wybrane zwierzę na zewnątrz. Ten sam rozmówca opowiadał, że gdy w młodości razem z ojcem prowadził źrebię między ludzi, również należało zawiązać mu na szyi kokardkę, bowiem młode zwierzę jest delikatne i tym samym bardziej podatne na działanie uroków.

Jeśli chodzi o uroki rzucane na dorosłych ludzi, udało mi się usłyszeć tylko jedną z wielu „recept” na zadanie takowego. Sposób jest pozornie bardzo prosty, ale – jak twierdziła respondentka, która miała paść jego ofiarą – skutki potrafią być dramatyczne. Pierwszym krokiem jest nawiązanie kontakt z tym, kogo mamy zamiar zauroczyć, tak, by często bywać w jego domu. W grudniu, niedługo przed świętami, podczas wizyty należy zabrać przedmiot, najlepiej niewielki, bez którego nie można obejść się w codziennym funkcjonowaniu, taki jak chociażby gwizdek od czajnika. Zabrany element musi zostać oddany już w nowym roku, jednak w tajemnicy – domownik nie powinien się o tym dowiedzieć! Osoba będąca pod wpływem tak rzuconego uroku nigdy już nie zdobędzie bogactwa i nie uda jej się zaznać w życiu szczęścia.

Nie-warmińska kultura warmińska

Warto pamiętać, że przedstawione powyżej tradycje, przesądy czy wierzenia trudno nazwać zdecydowanie warmińskimi. Podczas dziesięciu dni badań zaledwie jeden raz udało mi się spotkać osobę urodzoną przed 1945 r., która przyszła na świat się na terenie powiatu i nigdy nie wyprowadziła się poza jego granice.  Na przestrzeni burzliwego wieku XX Warmia została bowiem zasiedlona przez osoby pochodzące z okolic Wilna, Białegostoku, z Ukrainy lub innych części Polski i Europy; obecnie jej mieszkańcy są zatem w większości ich dziećmi czy wnukami. Kwestia tożsamości mieszkańców Warmii jest tematem zupełnie odrębnym, którego podczas badań najczęściej nie poruszaliśmy i którego analiza nie była naszym celem. Niemniej jednak wszyscy starsi ludzie z powiatu lidzbarskiego, z którymi rozmawiałam, niegdyś przyjezdni, wnieśli na jego teren wiele zwyczajów, przepisów i wierzeń, które przekazują następnym pokoleniom. A my pochylaliśmy się właśnie nad tą wspaniałą, barwną mieszanką.

Powyższy tekst jest podsumowaniem niewielkiej zaledwie części przeprowadzonych wywiadów. Trudno jest opisać wszystkie tematy rozlicznych odbytych rozmów, opowiedzieć o wszystkich niesamowitych osobach czy wspomnieć o niespokojnej, ale jakże ciekawej przeszłości chociażby niektórych mieszkańców Warmii. Czytelników, którzy nie zaspokoili jeszcze głodu informacji, zachęcam do śledzenia losów projektu „Warmio, quo vadis?”, a w szczególności działań związanych z naszymi badaniami, mogę bowiem zapewnić, że krok po kroku będziemy odkrywać coraz więcej.

 

MAŁECKA Dominika (ur. w Poznaniu w 1996 r.) - studentka filologii romańskiej na Uniwersytecie im. Adama Mickiewicza w Poznaniu. W badaniach etnograficznych uczestniczyła po raz pierwszy, na co dzień zajmuje się językiem francuskim oraz kulturą krajów frankofońskich. Działa w Kole Romanistów "Thélème". Zainteresowania to przede wszystkim kwestie takie, jak animal studies, historia feminizmu oraz szeroko pojęte teorie postkolonialne.

Artykuł powstał w ramach projektu "Warmio, quo vadis?" dofinansowanego ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego oraz Województwa Warmińsko-Mazurskiego.

Partnerami projektu są: Narodowy Instytut Dziedzictwa w Warszawie, Wojewódzki Urząd Ochrony Zabytków w Olsztynie wraz z delegaturą w Elblągu, Muzeum Warmii i Mazur w Olsztynie, Muzeum Archeologiczno-Historyczne w Elblągu, Muzeum Budownictwa Ludowego. Park Etnograficzny w Olsztynku, Muzeum Mikołaja Kopernika we Fromborku, Stowarzyszenie JANTAR z Elbląga, Portal kulturaludowa.pl, Polskie ​Radio Olsztyn, Dziennik Elbląski, Elbląska Gazeta Internetowa portEl.pl, portal Kulturalny Warmii i Mazur eŚwiatowid.pl, portal eKulturalni.

Podziel się:
Wszelkie prawa do tego tekstu są zastrzeżone. Publikowanie go w całości lub części wymaga zgody Wydawcy.

Kierownik Redakcji: Hanna Laska-Kleinszmidt

tel 55 611 20 69

Jeśli chcesz dodać swój komentarz zaloguj się. Jeśli nie masz jeszcze konta zarejestruj się tutaj.
MENU

eŚWIATOWID W LICZBACH

 

Publikacji: 11257
Galerii: 307
Komentarzy: 1354

 


Liczba odwiedzin: 7736685

KONTAKT Z REDAKCJĄ

Wydawca:

Centrum Spotkań Europejskich
"ŚWIATOWID"

pl. Jagiellończyka 1
82-300 Elbląg
tel.: 55 611 20 50
fax: 55 611 20 60

 

Redakcja:
redakcja@eswiatowid.pl
tel.: 55 611 20 69

Administrator systemu:
adm@swiatowid.elblag.pl
 

 

 


 

 

Projekt dofinansowany ze środków Europejskiego Funduszu Rozwoju Regionalnego w ramach Regionalnego Programu Operacyjnego Warmia i Mazury na lata 2007 - 2013 

oraz budżetu samorządu województwa warmińsko - mazurskiego.