Gazeta
Internet

Witaj,     |  Zaloguj
Nasza społeczność

Logowanie

Dołącz do eKulturalnych
Zapomniałem hasła
Przejdź do eKulturalni.pl
GDZIE JESTEŚ:  E-ŚWIATOWID    Aktualności

Data dodania: 21.07.2017 14:55 Kategoria:Historia i dziedzictwo Autor:Marcin Mielewczyk Placówka:Brak
Kiwity – opowieść biograficzna

Kiwity leżą w północnej Polsce, niedaleko granicy z Obwodem Kaliningradzkim. Jest to bardzo urokliwa, spokojna wieś, położona na uboczu od wielkich spraw. Jednak jej historia skrywa wiele zaskakujących wątków. Opowiedziana niczym biografia, pokazuje całą jej złożoną osobowość. Biografia osobliwa, bowiem pewnego dnia wieś musiała narodzić się na nowo.

Ponowne narodziny

  1. Wszystko na miejscu

Pani Jadwiga mieszka w Kiwitach już sześćdziesiąt sześć lat. Czy jest stąd? Urodziła się na Wołyniu. Pamięta jeszcze strach nocy rzezi wołyńskiej. Jej rodzina uciekła wtedy w głąb Rosji. A może zostali wywiezieni? Najpierw pociągiem, potem statkiem przez Morze Czarne. Następnie jechali do Czelabińska. Między obwodem swierdłowskim a czelabińskim, na stacji kolei południowo-uralskiej ojciec rodziny zapytał kolejarza, czy tutaj można dostać pracę i mieszkanie. Tak, grażdanin. Wysiedli na stacji w Argajaszu.

Rodzina była już od roku w podróży. Dziewczynki, bo pani Jadwiga miała siostrę bliźniaczkę, przez ten czas zdążyły się już nauczyć rozmawiać jak prawdziwe Rosjanki. Siostry miały jeszcze małego brata, jedenaście miesięcy miał, jak przyjechał na Syberię. Braciszek zmarł w tym Argajaszu jak miał trzy latka. Na odrę. Panowało wtedy sześćdziesiąt stopni mrozu. Nawet rodzice mawiali potem, że nie dawali dzieciom szans w tych warunkach. Warmiaczka zapamiętała nawet, jak tata mówił do jej mamy to za delikatne dzieci, one nie przeżyją tutaj. Trzymały się jednak mocno. Dzieci trafiły do przedszkola „Jedzki sad”. Rodzice otrzymywali wtedy dziesięć dekagramów czarnego chleba dla dzieci.

23 marca 1943 r. ojciec pani Jadwigi został zabrany z Gułagu. Wcielili go do Armii Andersa. Walczył z Niemcami na froncie wschodnim i pod Lenino. Potem ruszył z wojskiem zdobywać Berlin. Z rodziną spotkał się ponownie po roku.

Pani Jadwiga z siostrą i matką do Polski wróciły dopiero w 1946 r. Miały z siostrą wtedy po jedenaście lat, ale wyglądałyśmy jak dzieci z Oświęcimia. Tata mieszkał koło Pabianic. Rodzina odnalazła go tam. Pracował jako leśnik, mama znalazła pracę w piekarni. Dziewczyny nie mogły zdobyć meldunku, bo przez ten czas spędzony na Sybirze ich język uległ zruszczeniu i grożono im deportacją. W Pabianicach spędzili 6 lat. W 1952 r. musieli stamtąd uciekać. Leśnik, u którego ojciec pracował, sprzedał „na lewo” drewno z wycinki i to właśnie jego oskarżył. A ojciec pani Jadwigi był zbyt honorowy, żeby tam zostawać.

Ktoś z rodziny, wiedząc że szukają nowego miejsca do zamieszkania, zaproponował im tę okolicę. Do Kiwit przyjechali 20 kwietnia 1952 r. Choć żadne z nich wcześniej się tym nie zajmowało, wzięli gospodarstwo i zaczęli hodować bydło oraz uprawiać pole. I już przy tym zostali. Ojciec zmarł w Kiwitach w wieku 75 lat, mama jak miała 86. Jakie wrażenia wywarła na nich Warmia?

Jak myśmy tu jechali, to zaczęłyśmy z siostrą płakać. W nocy, o dwunastej przyjechałyśmy. Z siostrą wyszłyśmy, a tu ani ogrodu, ani ogrodzenia i siostra zaczęła bardzo płakać, i mówi że ona chce z powrotem do Pabianic. A ja mówię: Ala zobacz, blisko kościół, gmina. I mówię: tu wszystko na miejscu. Autobus nawet dwa razy odjeżdża…

  1. (Nie)trudne sąsiedztwo

Na Wołyniu urodziła się także pani Bronisława. Jednak jej historia jest trochę inna. Za to również doskonale pamięta czasy rzezi wołyńskiej. Przed wojskami uciekła do lasu, gdzie schroniło się też kilku mieszkańców. Mieszkali wspólnie, w osiem rodzin z Wołynia, w prowizorycznie zbudowanych ziemiankach. Przez rok i osiem miesięcy się tam ukrywali. Pomagali im rosyjscy partyzanci. Przynosili jedzenie, to jakieś suchary wojskowe dali, to - jak rozbili jakiś niemiecki majątek - bydło przyprowadzili. Można było wtedy mleka udoić i zacierki dla dzieci zrobić. W tych podłych warunkach rodziły się nawet nowe dzieci. 2 lutego 1945 r. przyszły na świat bliźniaki, dwóch chłopców.

Po wojnie nikt w rodzinie nie chciał przyjąć rosyjskiego obywatelstwa, więc pojechali na zachód. Minęli po drodze pięć przystanków: Pierwszy przystanek to był Wołyń, drugi województwo stanisławowskie, trzeci tarnopolskie, czwarty lwowskie, a na ostatku - w 1946 r.- wileńskie. Jak przyjechaliśmy, w Lidzbarku na stację przyszło nas witać wojsko polskie i ruskie. A mój dziadek mówi: mój Boże, i oni tu są?! To ja i u cara służyłem, i dziesięć lat na Syberii byłem, a oni tu nawet są. Przyjechaliśmy do Kiwit, tu zaraz był jeden posterunek polski, a dalej drugi, ruski. A tu z jednej strony Niemcy, Ruscy i Polacy.

Do Kiwit przyjechały rodziny z różnych części Polski. Byli też Rosjanie, czy to z armii, czy emigranci. Byli i Niemcy, z dawnych PrusWschodnich, jak i polsko- oraz niemieckojęzyczni dotychczasowi mieszkańcy Warmii. Ludzie przyjeżdżali tu bez niczego, mieli tylko to, co nosili na sobie. W sytuacji, gdy nie było niczego, wszyscy sobie pomagali. Nawet języka jeszcze nie znali. Pani Bronisława przypomina sobie, jak robili jedzenie w dwóch wielkich kotłach dla wszystkich mieszkańców, bez znaczenia, kto skąd przyjechał. Takiej rodziny, jaką myśmy mieli, to nie wiem czy kto będzie miał. I po dziś dzień mamy kontakty. I bardzo dobrze żyjemy, bo bardzo dobrze żyliśmy.

  1. Czy Niemcy powrócą?

Teren byłych PrusWschodnich i pozostawione przezpoprzednich mieszkańców gospodarstwa przyciągały wielu. Część przyjechała na własną rękę, część przesiedlono. Najwięcej osób przywieziono z centralnej Polski. Tam były jeszcze strzechy, a tutaj murowane wielkie budynki. Problemem było to, że tak naprawdę nikt nie sądził, że zostanie tu na długo. Każdy spodziewał się nowej wojny, nowych przesiedleń. Dla powojennych repatriantów jasne było, że Niemcy lada dzień mogą tu wrócić. Na swoje. Jeszcze pokolenie rodziców dzisiejszych mieszkańców Kiwit nie rwało się do remontu własnego domu. Zawsze mówili, że przyjdzie Niemiec i zabierze. Oni mieszkali tu, ale nie wiązali z tym miejscem swojej przyszłości. Dopiero po jakimś czasie zobaczyli, że ta historia się już nie powtórzy.

I uwierzyli w swoją przyszłość tutaj.

***

Czym zatem jest Warmia? Mieszkańcy nie mają wątpliwości: Jakby spotkał pan prawdziwego Warmiaka, z dziada pradziada, to on by coś wiedział. A tak, to są sami przesiedleńcy. To jest Warmia. Jednak czują się związani z tą, ich nowo narodzoną, małą ojczyzną: Moja mama pochodzi z Wołynia, a tata z Ukrainy. Teściowie pochodzili z Litwy. Także wszyscy tu jesteśmy urodzeni. Czuje się Pani Warmiaczką? Oczywiście, że tak!

 

 

Szkolne lata – lata historii

Od strony centrum Kiwit ciężko ją dostrzec. Skrywa się za budynkami. A nawet jak spojrzy się z podwórka, nie prezentuje się okazale. Za to, jak popatrzy się na wieś od strony drogi do Bartnik, to na pierwszym planie ukazuje się widzowi prawdziwy kopiec. Wzniesienie ziemne, porośnięte trawą, wyraźnie odznacza się na tle domów i górującego kościoła. Mieszkańcy nazywają je górą ucieczki, lub pchlą górką. Wiążą się z nią legendy. Jedni mówią, że została usypana jak Kiwity nawiedziła epidemia dżumy, czy cholery, w XIV w. Nie jest to jednak zbiorowa mogiła ofiar zarazy. W 1974 r. były tam prowadzone wykopaliska, jednak archeolodzy nie znaleźli kości. Drudzy mówią, że jest to fragment muru obronnego Kiwit. Taką wersję może potwierdzać dokument lokacyjny wsi, nadany 21 grudnia 1319 r. przez biskupa Eberharda z Nysy. Kiwity otrzymały wtedy obszar 45 łanów. W dokumencie tym udzielono zezwolenia na budowę „kasztelu” lub „bastionu”, jako schronienia dla mieszkańców w razie potrzeby. Umocnienie zezwolono wybudować w celu ochrony przed ewentualnymi najazdami ze strony litewskiej.

Późniejsze przekazy mówią nawet, że miało znajdować się tam tajne przejście podziemne do kościoła.

Samo wzniesienie w średniowieczu otoczone było przez spiętrzone wody pobliskiego młyna. Co dawało dodatkowy element obronności. Współcześnie rzeka została zmeliorowana i nie płynie już tamtędy żadna woda. Obecnie jest to okrągłe grodzisko, w postaci stożka o wysokości 7 metrów. Nie wiadomo jednak czy faktycznie zbudowano tam umocnienia i czy opowieść o gródku z XIV w. jest tylko legendą.

Wejścia do innego świata

Na wsi, jak jest ślub, to i brama musi być. Jak człowiek zrobi bramę, to i wódkę dostanie, i słodycze. Brama jest swego rodzaju ludowym obrzędem przejścia. Wykonywanym jeszcze przed ślubem w kościele. Jest to także symboliczne pożegnanie ze stanem panieńskim. Bramy były stawiane na drodze od domu panny młodej do kościoła, albo już w drodze powrotnej, na wesele. Kiedyś wesela były organizowane nie w restauracjach, a w domach. Zwyczajem było, że strona panny młodej dawała wyżywienie, a pan młody fundował wódkę.

Stawianie bramy to wyraz szacunku dla młodej pary. To również jest tradycja. Bramę robi zarówno rodzina, jak i znajomi bliżsi i dalsi, a także sąsiedzi. Nie ma w tym ograniczeń. Jak się poszczęści, to bram po drodze może być ich nawet szesnaście. Jak nie, to tylko symbolicznie - jedna. Przegradza się wtedy drogę i czeka na orszak weselników. Może to być zwykły sznurek ozdobiony wstążeczkami, zainscenizowany stolik z dekoracją, a nawet porządny szlaban i odegrana scenka rodzajowa. Kiedyś związywano nawet dwie chude brzózki, rosnące po obu stronach drogi, żeby pochylone utworzyły bramę.

Sposobów przygotowania bramy weselnej nie brakuje. Wszystko zależy od chęci, poczucia humoru i kreatywności. Niektóre bramy wręcz przeszły do legendy, jak choćby ta, gdy część weselników przebrała się w mundury ZOMO i odegrała scenkę rodem ze stanu wojennego. Stworzenie bramy wymaga nieraz poświęcenia: My tutaj, na szosie jedną bramę robiliśmy, to ja parze młodej chodnik wyciągnąłem z domu. Pięknie wyglądało. Były kwiaty, para młoda musiała przyjść, wszystko wręczyliśmy pięknie, ja zagrałem na akordeonie „sto lat!”. Byli zachwyceni. To był marzec, święta wielkanocne, błoto było, a chodnik nowy wyciągnąłem i opierdziel dostałem od żony: „mówiłam, że może być bez chodnika!”

Państwo młodzi jednak do samego końca nie wiedzą czy sąsiedzi postawią bramy i ile ich będzie. To jest tajemnica. Trzeba się wtedy trochę domyślić i odpowiednio przygotować. Bowiem, żeby przejechać przez bramę, trzeba się wykupić. Jak są dzieci, to cukierki, a jak dorośli, to wódeczką. Kiedyś to solidnie się przygotowywano do bramy. Stoliczek na dywanie, dywan na dole, kieliszeczki na stole, chleb na stole i witało się młodą parę. Jak mówią starsi mieszkańcy, zadawano wtedy takie pytanie pannie młodej: co wybierasz: chleb, sól czy pana młodego? I panna młoda musiała odpowiedzieć: „wybieram chleb, sól i pana młodego, żeby pracował na niego”. Ale to już w bramach zanika, choć te bramy są naszą tradycją. Nie ma żadnego wesela bez bramy.

 

Nieciągła tradycja

Najbardziej charakterystycznym wyróżnikiem Warmii są warmińskie kapliczki. Jednoznaczny symbol tego, że Warmia była wyspą katolicyzmu, otoczoną przez protestantyzm pozostałej części Prus Wschodnich. Przyjeżdżający na te tereny od razu wiedzą, że tam, gdzie zaczynają się kapliczki, tam zaczyna się Święta Warmia.

Kapliczki fundowano w różnych okresach. Różne też prezentują style. Jedne liczą sobie ok. 250 lat, jak barokowa kapliczka w Klejdytach. Inne zostały postawione współcześnie, tak, jak opowiedziała mi jedna z mieszkanek Kiwit: Brat też postawił kapliczkę, u siebie w ogrodzie, i tam się modli. I zrobił ją na taki styl warmińsko-mazurski. Stąd dałam mu ze strychu trochę starych rzeczy, obrazy, figurę. Jednak większość pochodzi z przełomu XIX i XX wieku, kiedy to stawiane były w stylu neogotyckim. Czerwona cegła i ostre łuki - tak kiedyś wyglądał krajobraz Warmii usianej kapliczkami.

Każda kapliczka miała swego patrona. Najczęściej byli nimi: Matka Boska oraz Chrystus na krzyżu. Jednak pojawiają się także postaci świętych czy aniołów. Wiele rzeźb w kapliczkach stworzył znany „regionalny” rzeźbiarz Krzysztof Perwanger, który swoim rokokowym stylem nadał uroku szeregu ołtarzom i kościołom na Warmii, w tym m.in. świątyni w Świętej Lipce.

Tam, gdzie kapliczki stoją niedaleko osad ludzkich, tam często są dobrze zachowane. Mieszkańcy starają się o nie dbać, w końcu kapliczki na Warmii funkcjonują także jako miejsca spotkań. Czy to na majowe, czy na Boże Ciało, są przystrajane i czyszczone. Okresowo także remontowane. Kapliczka na Warmii to coś więcej, niż tylko manifestacja tożsamości religijnej. To miejsce poświęcone lokalnej wspólnocie, gdzie pielęgnowana jest lokalna tradycja I jak gospodarz na pole szedł, to się pomodlił albo przynajmniej zdjął kapelusz. To już tak jest. Na pewno część kapliczek była także drogowskazami. Bo często one były na rozstajach dróg i często się mówiło, że jak dojdziesz do kapliczki to w lewo albo w prawo.

 Katalogowaniem kapliczek z terenu gminy zajmował się kiedyś wójt Kiwit Wiesław Tkaczuk: Kiedy studiowałem gospodarkę przestrzenną,(…) również mieliśmy sprawy związane z dziedzictwem kultury i etnografią, i powiem panu, że zaliczeniem z etnografii, jakie wykonałem, było właśnie zinwentaryzowanie kapliczek z terenu gminy Kiwity. Ze zdjęciami, z opisem, gdzie się która znajduje, czy przy domach, czy na drodze, czy na rozstajach dróg. Z jakiego okresu pochodzi. W jakim stylu zbudowana, bo na przykład mamy jedną kapliczkę, jedną jedyną, w kształcie koła, w owalu, a wszystkie inne są bardziej neogotyckie, powiedzmy z łukami ostrymi. Ja te kapliczki opisałem w pracy z 2006 r. Wszystkie, z ładnym opisem, z dostępem do informacji takich, jakie miałem. Łącznie z opisem z ewidencji zabytków wojewódzkiego konserwatora zabytków.

Zabytkowych kaplic z terenu gminy Kiwity wojewódzki konserwatorw swojej ewidencji miał siedem. Wójt opisał ich 54. A i tak okazało się, że zostały jeszcze dwie czekające na „odkrycie”. Praca pana Wiesława okazała się przełomowa, jeśli chodzi o pokazanie ilości kapliczek tylko na terenie tej jednej gminy. Pytam, czy tę pracę można gdzieś przeczytać.

Był taki czas, że któremuś z roczników „po mnie” pożyczyłem i już do mnie nie wróciła, i nie mam kopii, i nie mam nic. Tak wylądowałem.

Odwieczna śmierć

Tuż po wojnie sytuacja Kiwit i ich mieszkańców obfitowała w sprzeczności i zaskakujące wydarzenia. Odbudować zniszczoną gospodarkę, tożsamość regionalną, czy po prostu własną rodzinę, nie było łatwo. W takiej sytuacji lokalne władze miały podwójnie ciężkie zadanie. Ciężkie także z tego powodu, że już wtedy pojawiły się oznaki walki o dominację na Ziemiach Odzyskanych.

W sercu Kiwit, niedaleko kościoła, zamieszkał młody chłopak z rodziną. Miał wtedy 22 lata oraz żonę i dziecko. Nazywał się Gołębiewski. Tego dnia na terenie dawnego dworku w okolicznym Sułowie rada gminy organizowała wybory. Gołębiewski poszedł do tej wsi, oddalonej o trzy kilometry. Była tam duża posiadłość i baza wojskowa. Rady wybierały przewodniczących poszczególnych gmin z powiatu lidzbarskiego. Z wioski był brany przewodniczący – wójt, zastępca i sekretarz. Sekretarz to pisarz, po prostu, bo wtedy nie każdy przewodniczący pisać jeszcze umiał.

Na posiedzeniu większość znała się z nazwiska. Sąsiedzi przecież. Młody i krewki Gołębiewski szybko został obrany przewodniczącym. Wójtem, znaczy się. Po wyborach, wiadomo, trzeba było wypić. Młody wójt wrócił jednak wcześniej, do żony i dziecka. Reszta piła do drugiej w nocy.

Właśnie wtedy ktoś przyszedł do domu Gołębiewskich. Zawołał na wójta. I na kamieniu przed domem zamordował nowo wybranego. Ratować chciała go żona. Zginęła od ciosu siekierą. Była w ciąży. Napastnik uciekł z miejsca zdarzenia, ale jedyne, o czym nie wiedział, to to, że rodzina dorobiła się już wcześniej jednego potomka. W domu został synek, który widział całe zdarzenie.

Tak zginął pierwszy wójt Kiwit wybrany po II wojnie światowej. Mieszkańcy wsi domyślali się kto to zrobił. Jednak nikt nikogo nie oskarżył. Podobno jego brat był policjantem. Podejrzany teraz już nie żyje. Osieroconym dzieckiem zaopiekowała się początkowo sąsiadka, pani Mazurowa. Później przekazała chłopca do adopcji. W 2010 r., już jako emeryt, przyjechał on do Kiwit po raz drugi w życiu, odwiedzić dom i swoich rodziców. Gołębiewscy zostali pochowani na cmentarzu w Kiwitach. Leżą pod dwoma bliźniaczymi pomnikami z żelaznymi, pokrytymi rdzą krzyżami i nieczytelnymi już tablicami.

Ostatnim milczącym świadkiem tamtego wydarzenia został kamień, do dziś leżący przed wejściem do dawnego domu państwa Gołębiewskich. Dość sporych rozmiarów, od góry płaski, niczym ucięty, wyglądem przypomina stół. Obecnym domownikom służy do odkładania różnych narzędzi przy codziennych pracach. Patrzę, na kamieniu leżą dwa młotki. Wyglądają jak narzędzia zbrodni – pomyślałem i podszedłem zrobić im zdjęcie. Przed domem majster tynkował właśnie betonowe słupki od nowego płotu. Miał przebiegać wzdłuż granicy posesji, ale na drodze stał właśnie duży głaz, więc został częściowo wkomponowany w nowy płot i zabudowany murkiem. Pytam, czy nie wie czegoś o tym kamieniu. Mówi, że tu nie mieszka, on tylko wynajęty. Po wojnie żyła w tym domu rodzina Jesiołowskich, a aktualnie mieszka w nimich wnuczka. Drzwi otwiera mi młoda kobieta. Nie zna żadnej historii morderstwa. Ja proszę jedynie o zgodę na zrobienie paru fotografii.

 

Epilog

Śmierć towarzyszyła Kiwitom od początku. Była nierzadkim gościem w tej wsi. Jej wizerunek umieszczono nawet w specjalnej niszy w bramie, która stanowi część muru otaczającego kościół. Mieszkańcy rzadko tamtędy chodzą, a nieliczni turyści z trudem odnajdują to miejsce. Kiwicka Śmierć - szkielet z kosą w ręku - pustymi oczodołami patrzy na przechodzących dołem ludzi. Nieduża figura została ufundowana na pamiątkę ostatniej napaści Litwinów na Kiwity, która miała miejscew 1311 r. Kościotrup jest znany w okolicy i zachował się teżw powiedzeniu: "wyglądasz jak śmierć z Kiwit”.

 

 

Nota o autorze

MIELEWCZYK Marcin (urodzony w Poznaniuw 1994r.) - student Międzyobszarowych Indywidualnych Studiów Humanistycznych i Społecznych, kierunek wiodący: etnologia, na studiach licencjackich. Zajmuje się problematyką kreowania tożsamości oraz badaniem ruchów narodowychi etnicznych, jakie odwołują się do tej kategorii, w ujęciu bliskim antropologii etniczności oraz badaniom nad nacjonalizmem. Dodatkowo interesuje się kwestią ekologii i napięciami pomiędzy potrzebami społeczeństw a reprodukcją środowiska, szczególnie w kontekście antropocenu i badań antropologii ekologicznej nad tym zjawiskiem. Ponadto jest członkiem założycielem Stowarzyszenia Manufaktura Epickich Produkcji, zajmującego się edukacją filmową najmłodszych. Celem stowarzyszenia jest wspieranie oraz promocja twórczości filmowców poniżej osiemnastego rokużycia; co roku, w Poznaniu, Manufaktura organizuje Festiwal Filmowy -18, który jest finałem całorocznych działań.

 

Artykuł powstał w ramach projektu "Warmio, quo vadis?" dofinansowanego ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego oraz Województwa Warmińsko-Mazurskiego.

Partnerami projektu są: Narodowy Instytut Dziedzictwa w Warszawie, Wojewódzki Urząd Ochrony Zabytków w Olsztynie wraz z delegaturą w Elblągu, Muzeum Warmii i Mazur w Olsztynie, Muzeum Archeologiczno-Historyczne w Elblągu, Muzeum Budownictwa Ludowego. Park Etnograficzny w Olsztynku, Muzeum Mikołaja Kopernika we Fromborku, Stowarzyszenie JANTAR z Elbląga, Portal kulturaludowa.pl, Polskie ​Radio Olsztyn, Dziennik Elbląski, Elbląska Gazeta Internetowa portEl.pl, portal Kulturalny Warmii i Mazur eŚwiatowid.pl, portal eKulturalni.

Podziel się:
Wszelkie prawa do tego tekstu są zastrzeżone. Publikowanie go w całości lub części wymaga zgody Wydawcy.

Kierownik Redakcji: Hanna Laska-Kleinszmidt

tel 55 611 20 69

Jeśli chcesz dodać swój komentarz zaloguj się. Jeśli nie masz jeszcze konta zarejestruj się tutaj.
MENU

eŚWIATOWID W LICZBACH

 

Publikacji: 11128
Galerii: 307
Komentarzy: 1354

 


Liczba odwiedzin: 6689631

KONTAKT Z REDAKCJĄ

Wydawca:

Centrum Spotkań Europejskich
"ŚWIATOWID"

pl. Jagiellończyka 1
82-300 Elbląg
tel.: 55 611 20 50
fax: 55 611 20 60

 

Redakcja:
redakcja@eswiatowid.pl
tel.: 55 611 20 69

Administrator systemu:
adm@swiatowid.elblag.pl
 

 

 


 

 

Projekt dofinansowany ze środków Europejskiego Funduszu Rozwoju Regionalnego w ramach Regionalnego Programu Operacyjnego Warmia i Mazury na lata 2007 - 2013 

oraz budżetu samorządu województwa warmińsko - mazurskiego.